Listen

Description

Obejrzyj wersję wideo na YouTube: https://youtu.be/9xHW6sIM5fM

Nikifor, czyli Epifaniusz Drowniak, był artystą, którego świat odrzucał, a on i tak malował – z pasją, uporem i dziecięcą czystością. Głuchy, ubogi, nierozumiany. Jego atelier to ławki w parkach i parapety, a narzędzia – kredki, akwarele i skrawki papieru. Tworzył własne miasta – fantastyczne, barwne, pełne wież, cerkwi i urzędów, których był samozwańczym architektem i burmistrzem. Jego sztuka była jak on: naiwna, ale głęboka; prosta, a pełna godności.

Dziś Nikifor to legenda – symbol outsidera, który nie prosił o głos, a i tak został usłyszany. Jego obrazy to nie tylko wizje – to manifest życia na własnych zasadach.

Pełny artykuł

Dziś chcę opowiedzieć Ci o Nikiforze, samotnym artyście z Krynicy, który przez większość życia był ignorowany. A jednak po jego śmierci jego prace trafiły do najważniejszych muzeów świata.

To historia ciszy, wykluczenia i niezwykłej siły tworzenia.

Nikifor urodził się w 1895 roku w Krynicy-Zdroju — choć dokładna data nigdy nie została oficjalnie zarejestrowana. Przez lata podawał różne roczniki: raz 1890, innym razem 1900. Na nagrobku widnieje 1895, ale to jedynie szacunek. W rzeczywistości nigdy nie spisano aktu jego urodzenia. Był jednym z tych ludzi, którzy w oczach ówczesnego społeczeństwa „nie istnieli w systemie”.

Naprawdę nazywał się Epifaniusz Drowniak. Pochodził z ubogiej łemkowskiej rodziny — był synem Marii Drowniak, głuchoniemej sprzątaczki i praczki. Ojca nigdy nie poznał; jego tożsamość pozostaje nieznana. Jako dziecko mówił niewyraźnie, bełkotał — nie z powodu choroby psychicznej, jak błędnie sądzono przez lata, lecz prawdopodobnie przez rozszczep podniebienia i częściową głuchotę, które dodatkowo utrudniały komunikację. Przez to przez całe życie uchodził za „niemego dziwaka” — był marginalizowany, wyśmiewany, przepędzany.

Do szkoły nigdy nie chodził — nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że nikt mu tego nie umożliwił. Nie potrafił czytać ani pisać w tradycyjnym sensie. Jego podpisy, tytuły prac czy notatki były pisane fonetycznie, jakby dziecięcą ręką. Język, którym się posługiwał, był mieszanką gwary łemkowskiej, ukraińskiego i zniekształconej polszczyzny. Z dzisiejszej perspektywy medycznej uznalibyśmy go za osobę z zaburzeniem mowy i częściową głuchotą, ale jego intelekt i artystyczna wrażliwość były nienaruszone.

Dzieciństwo spędził w skrajnej biedzie — bez własnego łóżka, bez pracowni. Błąkał się po ulicach Krynicy, zbierając karton, skrawki papieru, ścinki. Czasem nocował w przedsionkach kościołów albo w piwnicach. Jedzenie zdobywał, pomagając mieszkańcom przy drobnych pracach albo wymieniając rysunki na posiłek.

Właśnie wtedy narodził się jego wewnętrzny świat — bogatszy niż cokolwiek wokół. Już jako chłopiec rysował kredkami na kartonach i odpadkach wyciągniętych ze śmieci. Materiały zbierał z ulicy: zużyty papier, papierosy w opakowaniach, rachunki, odwrotne strony zeszytów. Gdy nie miał kleju, sklejał kartki śliną albo rozgniecionym chlebem. Pędzle robił sam, używał patyczków, a czasem malował palcami. Farby rozcieńczał wodą z rzeki albo z kałuży.

Nie przeszkadzało mu to. Nie potrzebował luksusu — wystarczyło miejsce, by narysować coś nowego.

Malował to, co widział: budynki, mosty, kościoły, urzędy, sklepy, dworce. Ale też to, co sobie wyobrażał: instytucje, do których chciał należeć — kancelarie, sądy, przychodnie. Często umieszczał siebie samego w centrum sceny: jako malarza, urzędnika, architekta. To nie była ucieczka od rzeczywistości — to była walka o uznanie.

Chodził po Krynicy z tekturową walizką pełną rysunków. Oferował je przechodniom, zostawiał na ławkach, parapetach, w witrynach sklepów. Mieszkańcy znali go z widzenia — „ten dziwak, co wszystko rysuje”. Mówiono o nim kpiąco, pobłażliwie, czasem pogardliwie. Dla jednych był „niemym włóczęgą”, dla innych „świętym głupkiem”. Nikt nie przypuszczał, że prace tego człowieka trafią kiedyś do galerii w Paryżu i Nowym Jorku.

Nikifor zawsze uważał się za artystę. Nazywał siebie „Matejką z Krynicy”, podpisywał prace jako „Nikifor malarz z Krynicy”, „malarz-kancelista”, „artysta”. Robił własne pieczątki i sygnował obrazy tak, jakby były oficjalnymi dokumentami. To nie była dziecinada — to był sposób na zbudowanie statusu w świecie, który go odrzucał.

Był samotny, ale zdeterminowany. Nie potrzebował szkoły, akademii ani wystaw. Wystarczyły mu papier i cisza, by wydobyć obraz z wyobraźni i przenieść go na kartkę.

Dziś wiemy, że stworzył ponad 40 tysięcy prac, z czego około 20 tysięcy przetrwało. Wszystkie powstały bez nauczycieli, szkiców czy poprawek — wyłącznie z ręki i wyobraźni.

To był nieprzerwany strumień twórczości. Ale wtedy — nikt tego nie widział.

Nikifor nie interesował się portretem ani scenami rodzajowymi. Nie malował ludzi ani codzienności w tradycyjnym sensie. Jego obsesją była architektura i przestrzenie instytucjonalne.

Tworzył świat uporządkowany, geometryczny, majestatyczny — zarezerwowany dla „ważnych ludzi”. Świat, do którego nigdy nie miał dostępu. Poprzez sztukę sam sobie stworzył miejsce w systemie. Na swoich obrazach był kimś: urzędnikiem, architektem, sędzią, artystą. Przyznawał sobie tytuły, których nigdy mu nie dano.

Jego styl był spójny i oryginalny. Malował frontalnie, bez klasycznej perspektywy, ale z ogromną precyzją. Każde okno, każdy stopień, każda cegła były policzone. Kompozycje przypominały teatralne scenografie — płaskie, a jednocześnie pełne detalu. Kolory: jasne, czyste, radosne — błękity, czerwienie, żółcie, zielenie.

* Materiały: akwarela, kredki, tusz, grafit.

* Podłoża: karton, koperty, opakowania, papier pakowy.

* Format: zwykle mały, rzadko większy niż A4.

Tytuły bywały zniekształcone, fonetyczne: „kanclaria”, „architec”, „Malyrz krynicki”. Czasem z pieczątką, czasem bez słów.

Dziś Nikifora nazywamy artystą naiwnym, outsiderem. Sam nie wiedział, że istnieje taki termin. Nigdy nie słyszał o Henrim Rousseau czy Séraphine Louis. Nie wiedział, że od początku XX wieku krytycy fascynowali się „sztuką surową”. On wędrował po Krynicy ze swoją walizką.

Dopiero w latach 50. polscy artyści i historycy sztuki — Marian Włosiński, Andrzej Banach i Maria Gruszecka — dostrzegli w nim twórcę, a nie szaleńca.

Dziś jego prace znajdują się w Musée d’Art Naïf w Paryżu, w MoMA w Nowym Jorku i w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Ale najważniejsze jest co innego: jego historia wciąż porusza ludzi.

Nikifor udowodnił, że nawet ktoś wykluczony, głuchy, biedny i odrzucony może mieć głos — tak silny, że przetrwa epoki i granice.

Pokazał, że sztuka nie potrzebuje szkoły, języka ani pozwolenia. Wymaga tylko prawdy, wytrwałości i tego, by ktoś w końcu ją dostrzegł.

To był Art Perspective.

Znajdziesz mnie na Substacku, YouTube, Apple Podcasts, Spotify, Instagramie i Facebooku.

This Substack is reader-supported. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.

Grafika odcinka: fot. Henryk Bielamowicz, licencja CC BY-SA 4.0, Wikimedia Commons.



This is a public episode. If you would like to discuss this with other subscribers or get access to bonus episodes, visit artperspective.substack.com