Powojenna Polska to kraj, który próbuje chodzić z połamanymi nogami. Państwo udaje normalność, ale artyści widzą, że fundamenty wciąż drżą. I właśnie dlatego sztuka PRL-u to nie jest „epoka stylu” — to epoka nerwu.
W tym odcinku zaglądam do twórców, którzy z ruin próbowali wyciągnąć nie piękne marzenia, lecz prawdę. Czasem brutalną, czasem subtelną, zawsze obciążoną pamięcią, której nie dało się wyciszyć.
Katarzyna Kobro i Władysław Strzemiński są tu jak sejsmografy powojennego niepokoju. Ich wizje, jeszcze przed wojną odważnie kroczące w stronę czystej formy, po 1945 roku stają się polem nieustannego zderzenia: artysta kontra system. Ich sprzeciw wobec doktryny socrealizmu nie był wyborem estetycznym — był walką o prawo do widzenia świata inaczej niż państwowy „optymizm”.
Henryk Stażewski natomiast to uosobienie cichego uporu. Minimalizm, który współcześnie brzmi elegancko, w PRL-u był gestem niemal politycznym: odmową uczestnictwa w propagandowym teatrze. Obraz sprowadzony do koloru i linii mówił więcej o samotności jednostki niż całe socrealistyczne murale o „jasnej przyszłości”.
A potem — Andrzej Wróblewski. Jego „Rozstrzelania” to nie ilustracja traumy. To jej wewnętrzny monolog. Sztuka, która nie próbuje rekonstruować bólu, tylko pozwala mu mówić, jakby wciąż tkwiła w ciele. Wróblewski wchodzi w najbardziej bolesną przestrzeń: w strefę pomiędzy pamięcią a milczeniem, gdzie pęka tożsamość powojennego pokolenia.
Pojawi się też Alina Szapocznikow — artystka, której prace z ciała, fragmentu, blizny i deformacji mogły powstać tylko w społeczeństwie, które nosi rany głębiej, niż jest gotowe przyznać. Jej rzeźby są jak dowody istnienia bólu, o którym PRL próbował nie mówić.
Do tego dochodzi sztuka użytkowa — zaskakująco ambitna, projektowana z wiarą, że codzienność można ulepszyć. Modernistyczne meble, grafika, wzornictwo: wszystko powstawało jakby na przekór lękowi, że historia zaraz znowu się powtórzy. Projektanci PRL-u budowali świat, którego sami nie doświadczyli — przyszłość bardziej funkcjonalną, schludniejszą, mniej okrutną.
W tym wszystkim wybrzmiewa najważniejszy podtekst: sztuka PRL-u to opowieść o traumie, która nie wygasła, tylko zmieniła formę. O zbiorowej żałobie, która nie doczekała się rytuału. O społeczeństwie próbującym układać życie po katastrofie, gdy nikt nie dał instrukcji, jak właściwie się to robi.
To odcinek o artystach, którzy nie pozwolili, by historia została „zamknięta” przez polityczne hasła. Każdy z nich — Kobro, Strzemiński, Stażewski, Wróblewski, Szapocznikow — otwiera inną bramę do zrozumienia, co się dzieje z człowiekiem i wspólnotą, kiedy muszą żyć dalej, choć jeszcze nie skończyli żałoby.
Najważniejsze pytanie, które zostawiam na koniec, brzmi:czy sztuka PRL-u jest próbą przetrwania traum, czy raczej ich ciągłym powracaniem?