Obejrzyj wersję wideo na YouTube: https://youtu.be/zBELGAbC5qs
Był artystą, który nigdy nie wyłączał sceny. Dla Stanisława Ignacego Witkiewicza – Witkacego – każdy dzień był aktem, każda rozmowa potencjalnym happeningiem, a każda relacja polem do eksperymentu.
Nie malował po prostu portretów. Tworzył sytuacje. Czasem absurdalne, czasem prowokujące, czasem makabryczne.
Syn twórcy stylu zakopiańskiego, wychowany w domu, gdzie edukację zastępowały prywatne lekcje rysunku, filozofii i języków, od początku miał poczucie, że jego droga będzie inna. Nie chodził do szkoły, ale godzinami dyskutował z ojcem o kompozycji, Schopenhauerze i o tym, co w sztuce jest naprawdę istotne. Już jako nastolatek uchodził za ekscentryka – samotne wędrówki po Tatrach ze szkicownikiem były dla niego naturalne, a kawiarniane pogadanki – stratą czasu.
Katastrofa i ucieczka na koniec świata
Rok 1914 przyniósł tragedię: samobójstwo narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. To doświadczenie – połączone z wybuchem I wojny światowej – złamało go na długo.
Przyjaciel Bronisław Malinowski zaprosił go w podróż badawczą do Oceanii. Witkacy zgodził się, licząc na ucieczkę od bólu. Podróżował przez Cejlon, Australię, notując w listach barwne opisy miejsc, ale w tle wciąż czuć było pustkę: „Jest tu wszystko, co powinno mnie zafascynować, a jednak czuję, że jestem za szybą.”
Wybuch wojny zastał ich w Australii. Malinowski został, Witkacy wrócił i wstąpił do armii rosyjskiej. Zobaczył front, rewolucję w Piotrogrodzie i tłum, w którym „nienawiść miała jedno oko”. To doświadczenie ukształtowało jego dramaty i filozofię – przekonanie, że w zbiorowej ekstazie ginie wszystko, co indywidualne.
Firma Portretowa S.I. Witkiewicz
Po wojnie stworzył coś, co dzisiaj nazwalibyśmy autorską marką. „Firma Portretowa S.I. Witkiewicz” miała regulamin, cennik i typy portretów: od gładkiego „A” po eksperymentalną „Czystą Formę” – często tworzoną „pod wpływem” różnych substancji.
Na odwrocie obrazów notował skróty: „Co” – kokaina, „Et” – eter, „P” – peyotl, „p.p.c.” – prawie po ciemku. Klient kupował nie tylko obraz, ale i historię jego powstania. Był to artystyczny marketing w czystej postaci – na długo przed tym, jak ktoś wymyślił ten termin.
Salony na opak
Życie towarzyskie Witkacego przypominało teatr absurdu. Potrafił otworzyć drzwi Gombrowiczowi jako skulony „karzełek”, który nagle wyrastał do pełnej wysokości. Organizował „muzea okropności” – kolekcje osobliwych przedmiotów, z których część była prawdziwa, a część wymyślona na poczekaniu.
Wieczory portretowe u doktora Białynickiego-Biruli zamieniały się w eksperymenty artystyczne – porównywał, jak zmienia się kreska i kolor pod wpływem różnych substancji. Goście byli świadkami, ale i uczestnikami tych eksperymentów.
Filozofia i sztuka jako dokument życia
Witkacy obsesyjnie czytał Schopenhauera, Nietzschego, Bergsona. W swoich pismach pisał o „uczuciach metafizycznych” – momentach, w których człowiek czuje ogrom świata i własną kruchość. Każdy portret był nie tylko wizerunkiem modela, ale i zapisem stanu autora: fizycznego, psychicznego, chemicznego.
Dzięki temu jego obrazy można czytać jak dziennik życia – zapisany kolorem, linią, deformacją.
Ostatni performance
Wrzesień 1939 roku przyniósł ostateczny akt: ucieczka na wschód, wiadomość o wkroczeniu Armii Czerwonej, samobójstwo w Jeziorach. Ale nawet po śmierci jego historia nie straciła ironii – ekshumacja w 1994 roku ujawniła, że w symbolicznym grobie w Zakopanem spoczywa ciało nieznanej kobiety. Los prawdziwych szczątków artysty pozostaje nieznany.
To tak, jakby życie i śmierć Witkacego były jednym, wielkim spektaklem, którego reguły znał tylko on.
🎧 Całą historię usłyszysz w nowym odcinku Art Perspective – z anegdotami, cytatami z listów i opisami portretów, które dziś są równie ekscentryczne, co w latach 20. i 30.
Odsłuchaj na Spotify, Apple Podcasts lub YouTube.
Pełny artykuł
W świecie sztuki rzadko spotyka się artystę, który prowadzi swoją twórczość tak, jak prowadzi się dobrze zorganizowaną firmę. Ale Witkacy był wyjątkiem.
Stanisław Ignacy Witkiewicz – dla jednych ekscentryk, dla innych genialny portrecista – w latach 20. i 30. stworzył coś, co nazwał „Firmą Portretową S. I. Witkiewicza”. I to wcale nie była metafora. Funkcjonowała jak prawdziwa firma: z regulaminem, cennikiem i ściśle określonymi „typami” portretów.
Ta historia jest dla mnie fascynująca, bo pokazuje, że artysta może nie tylko tworzyć, ale też narzucać własne zasady gry odbiorcy.
Typologia portretów Witkacego
Regulamin „Firmy Portretowej” określał kilka rodzajów prac.
* Typ A – „wygładzony”, estetyczny portret dla tych, którzy chcieli wyglądać atrakcyjnie.
* Typ B – portret oddający charakter, ale bez skrajnych eksperymentów.
* Typ C – pełna swoboda artysty, bez ograniczeń, często ocierająca się o groteskę.
* Typ D – karykatura.
Każdy klient dokładnie wiedział, na co się pisze. Nie było miejsca na negocjacje w trakcie pracy – Witkacy nie pozwalał ingerować w swój koncept. Składając zamówienie, akceptowało się jego wizję.
Po co taki system?
Po części chodziło o pieniądze – Witkacy utrzymywał się z portretów, więc potrzebował stabilnego modelu biznesowego. Ale równie ważna była kwestia kontroli. Chciał mieć pełną władzę nad procesem twórczym, nawet wtedy, gdy pracował na zamówienie.
I tu coś mnie uderza – w pewnym sensie Witkacy wyprzedził swoje czasy. Wielu współczesnych artystów jasno określa dziś warunki współpracy i zaciekle broni swojej twórczej wolności.
Portret jako zapis chwili
Jego prace są wyjątkowe także dlatego, że nigdy nie powstawały w próżni. Odbijały konkretny dzień, nastrój, a czasem nawet substancje, które artysta zażył – i otwarcie to notował na obrazie. Potrafił napisać: „Typ C, po kawie” albo „Typ B, po nikotynie i alkoholu”. Dla niego był to integralny element dzieła – jak metka, która mówi, z czego „uszyto” obraz.
Portret czy autoportret?
Patrząc na jego prace, trudno nie odnieść wrażenia, że każdy z nich jest w pewnym sensie autoportretem – nie w dosłownym podobieństwie, ale w śladach jego osobowości. Twarze modeli często noszą rysy jego własnych emocji, napięć i obsesji.
Dlaczego to działa do dziś?
Bo Witkacy nie malował „ładnych obrazków”. Tworzył portrety, które zmuszały do patrzenia głębiej – nawet jeśli były zamówione. Dziś widzimy w nich nie tylko podobiznę osoby, ale też cały kontekst: czas, miejsce i napięcie między artystą a klientem.
I tu pojawia się pytanie: jeśli portret jest tak mocno przefiltrowany przez osobowość artysty, czy wciąż można go nazwać wiernym? A może właśnie dlatego jest prawdziwszy niż najbardziej fotograficzne podobieństwo?
Jeśli lubisz takie historie, znajdziesz mnie na Substacku, Spotify, YouTube i Apple Podcasts. Tam czekają kolejne opowieści o artystach, którzy nigdy nie dali się wtłoczyć w ramy przeciętności.
This Substack is reader-supported. To receive new posts and support my work, consider becoming a free or paid subscriber.